Skróty klawiszowe:

Skróty klawiszowe:

Bitwa pod Skałką. Pamiętamy o Powstańcach Styczniowych.

Strona główna » Aktualności » Bitwa pod Skałką. Pamiętamy o Powstańcach Styczniowych.

wielkość tekstu: A | A | A

Bitwa pod Skałką.

11 lutego mija 158. rocznica „Bitwy pod Skałką” jaką stoczyli Powstańcy Styczniowi w 1863 roku z rosyjskim zaborcą.

Za czyn dla Kraju, nagrody nie trzeba,

Gdy duch powstańca w zaświaty odleci

Skreślcie nad grobem  przepustkę do nieba:

„Rok 1863-ci”

                                                              /Walenty Czerkawski/

Dziś pragniemy przypomnieć heroiczną postawę Powstańców Styczniowych.

Oddajemy hołd Obrońcom Ojczyzny.

Pamięć o Powstańcach z 1863 roku, była i jest zobowiązaniem  wierności wyznawanym przez nich ideałom i marzeniom o wolnej Polsce. To niezłomna wiara w równość, wolność, niepodległość.

Powstanie w Nowej Słupi upamiętnił wieloletni proboszcz parafii Nowa Słupia, ksiądz śp. Walenty Ślusarczyk, który przy kościele w 1973 r. wybudował pomnik. Na miejscowym cmentarzu znajduje się  mogiła, gdzie pochowano 17 powstańców poległych 11 lutego w „Bitwie pod Skałką”.

W 1972 roku miejscowa szkoła w Nowej Słupi przybrała imię Bohaterów Powstania Styczniowego.

Poniżej przedstawiamy Państwu doskonale opracowanie Pana Jana Kulpińskiego w publikacji „NOWA SŁUPIA I OKOLICE W LATACH 1861 – 1864”, które w sposób realistyczny  oddaje przebieg bitwy.


Pod Skałką

    W zasadzie do 4 lutego miasteczko było poza obszarem działań typowo militarnych. Rankiem tegoż dnia do Nowej Słupi, drogą wiodącą od Bodzentyna przybywały mniejsze i większe piesze i konne grupy powstańców. Wyczerpani zmaganiami z przeciwnikiem, zgnębieni świadomością porażki pod Wąchockiem, niepewni jutra, zapomnieli nawet   o ubezpieczeniu w nocy swojego nowego obozu.

     Sztab Langiewicza ulokował się w domu Urbańskich (mieściła się w nim apteka), a wojsko kwaterowało na mieszczańskich posesjach. Wkrótce dokonano kolejnej reorganizacji powstańczego wojska. Spodziewając się przybycia rozproszonych powstańców, napływu ochotników i rekrutów reaktywowano podział na trzy bataliony: pod dowództwem mjr. Pawła Bogdana (1.baon), mjr. Ignacego Dawidowicza (2.baon) i mjr. Dionizego Czachowskiego.(3.baon)[1]. Był to podział „etatowy” do uzupełnienia, jeśli przyjmiemy normy ustalone w Wąchocku, 310 ludzi w batalionie otrzymamy liczbę 930 żołnierzy. Tymczasem stan osobowy  ugrupowania do 11 lutego wyniósł około 600 ludzi (dwa bataliony). Działano więc  kompaniami w miarę skompletowanymi, którymi dowodzili oficerowie w stopniu kapitana. Oddziałek kawalerii ( 20-50 jeźdźców) pozostawiono por. Janowi Prendowskiemu. Była też bateria artylerii, licząca cztery armatki, wykonane z odpowiednio wydrążonych, dębowych kłód drewna obciągniętych żelaznymi obręczami.

   Szefem sztabu został mjr Dionizy Czachowski (1810-1863), intendentem (kwatermistrzem) mjr Leonard Lewkowicz. Jako kapelana obozowego wymienia się ks. wikariusza Józefa Tuszewskiego (1838 -1911) z Ćmielowa, ale nie był on jedynym duchownym obecnym przy oddziale. Poza nim było tutaj jeszcze kilku  księży i zakonników m. in.: ks. A.Omiński  i ks. I.Ciągliński z Bodzentyna, o. Bronisław Markowski* (dominikanin), ks. Szymon Pożyczyński* z klasztoru Kanoników Regularnych w Kraśniku, o. Cyprian Wietucha* reformat z Chełma. Dwóch ostatnich zginęło podczas walki, a jeden z nich był s kokardoju naczalnika czasti. Prawdopodobnie ks. Pożyczyński przybył z grupą powstańców spod Kraśnika i mógł nimi dowodzić w randze kapitana (od tego stopnia przysługiwała opaska biało-niebieska na lewym rękawie).

   Po przybyciu Karola Sosnowskiego* z Pękosławic (okolice Waśniowa), doświadczonego, byłego oficera kawalerii, nadal fascynującego się wojskową strategią, zastosowano się do jego rad i założono pierwszy obóz polowy w Łysogórach. Na obóz wybrano miejsce  u samego podnóża Łysej Góry, po lewej stronie drogi wiodącej od miasteczka do klasztoru świętokrzyskiego, zwane przez miejscową ludność Pod Skałką. Od zachodu strome skałki porośnięte lasem, którego gęsty drzewostan ciągnął się po północnej i południowej stronie małego dochodzącego do skał równego terenu. Jego wschodnia strona była odkryta, z widokiem na miasteczko i okolicę. Słowem miejsce idealne do defensywy i wycofania się w razie nieprzyjacielskiego ataku. W pobliżu, przy drodze stała murowana kapliczka, przy której zbudowano naprędce altankę dla Langiewicza , a obok szałas dla adiutantów. Wśród adiutantów Langiewicza byli m. in. Stanisław Barzykowski (1844-1905) z Suchedniowa          i Zygmunt Brockhauzen* (ok.1839-1863), dzierżawca z Baszowic.

   Dwudniowy pobyt w miasteczku zakończono udziałem wojska we mszy św., a po nabożeństwie spod  kościoła  św. Wawrzyńca powstańcy przegrupowali się na wyznaczone im stanowiska.

    Bardzo realistyczny opis pierwszego zetknięcia się z obozem pozostawił jego uczestnik L.Grzybowski[2]:

    Widok tego wojska polskiego wcale nie był imponujący. Dużo to tam zbieraniny było, ale Boże zmiłuj się. Zakopceni, posmoleni, przeważnie nędznie odziani, tam i ówdzie paliły się ogniska, stało kilka szałasów              z chrustu i choiny. Konie przy drzewach powiązane, ale broni nigdzie dopatrzeć nie mogłem, i nie dziw, bo każdy, jaką miał broń trzymał przy sobie i tak. Niektórzy dubeltówki przewieszone przez plecy, niektórzy jakieś liche pałasiny, niektórzy pistolety i krócice za pasem. Reszta bez broni, bo broń ich, kosy stały poopierane           o chojaki.

    Dla kadry oficerskiej pobudowano namioty lub daszki z gałęzi nad głowę, a szeregowcy odpoczywali na ziemi wokół ognisk. Zdaniem Henryka Wiercieńskiego (1843 – 1923), żołnierza z kompanii kpt. Konstantego Pióro[3]:

   Rozpalone ogniska dla każdych kilku lub kilkunastu ludzi ogrzewały nieźle, ale trzeba było dla ogrzania się odwracać się od ogniska to jedną to drugą połową. W nocy, zasnąwszy, leżąc na jednym boku, jedna strona ciała rozgrzewała się zbytecznie, podczas kiedy druga marzła; co czas krótki uczucie chłodu niepokoiło śpiącego i budziło.

    Posiłki dla żołnierzy przygotowywano także na miejscu w warunkach polowych. Tutaj  bardzo użytecznym okazał się być duży miedziany kocioł miary garncy  16 (…) o dwóch uchach zarekwirowany w bodzentyńskim szlachtuzie (rzeźni) przez mjr. D.Czachowskiego[4]. Ponieważ stanowił on własność magistratu m. Bodzentyna, tenże poprosił pisemnie  burmistrza Drożdżeńskiego, aby raczył odebrać i pozostawić w swym depozycie ów 64-litrowy kocioł. Równie grzecznie burmistrz Nowej Słupi odpowiedział, że o żadnym kotle nie wiem, żeby miał kto takowy tu do miasta przywieść i żadnego Czachowskiego nie znałem i nie znam. Owszem mógł nie wiedzieć, ale widzieć, bo był wzywany do obozu w różnych sprawach.

    Po północnej stronie obozu, za wspomnianą drogą znajdowała się polana, na której dwa razy dziennie (dwie godziny przed i po obiedzie) odbywano musztrę bojową. W obozie znajdowała się drukarnia wojewódzka, przechowywana uprzednio w okolicy Suchedniowa.

      Na  skraju miasteczka, w jednym z pierwszych zabudowań przy drodze do obozu pozostawiono urzędującego audytora polowego, który rozpatrywał sprawy osób aresztowanych pod różnymi zarzutami (szpiegostwo, dezercja, zdrada, donosicielstwo, kradzież).Wspomnieliśmy już o sprawie Narkiewicz z domu Winnickiej, którą mieszkaniec Nowej Słupi Franciszek Trzciński (25 lat) pomówił o sporządzenie listy członków organizacji narodowej i przekazanie w ręce jej męża, podoficera armii rosyjskiej. Opinia dwóch mieszkańców miasteczka Ignacego Pawlikiewicza i Tomasza Pankowskiego, że mąż Narkiewiczowej jest przychylny Polakom  spowodowała uwolnienie bezpodstawnie oskarżonej kobiety. W sprawie wezwano także burmistrza, ale ten stwierdził, ze nie znał męża pozwanej.

 Tutaj przywieziono aresztowaną w Opatowie Afonasjewą, Rosjankę, wdowę po komendancie powiatowym inwalidów, która zadenuncjowała Romana Jasińskiego, oskarżając go o udział w manifestacjach patriotycznych. Wśród aresztowanych był kpt. Moreau oskarżony o dezercję i rozpuszczenie I batalionu. Zatrzymanych pod różnymi zarzutami przekazywano pod straż na odwach mieszczący się przy obozowisku. Jeden z aresztantów obwiniony o dezercję z oddziału i podburzanie chłopów przeciw szlachcie, został skazany na śmierć przez rozstrzelanie. Egzekucję skazańca wykonano na wspomnianej polanie do musztry na oczach ustawionego wojska, aby przeciwdziałać na przyszłość zjawisku dezercji    i szerzeniu tego typu haseł.

    Zachowane relacje podają różne liczby osób osadzonych na odwachu. Przez odwach (wartownia plus areszt) w sensie materialnym należy rozumieć w tym polowym przypadku szałas dla warty i obok szałas, lub ogrodzenie dla aresztantów. Zauważmy, że na odwach można było trafić za różnego typu niesubordynację, która w środowisku insurgentów powoli przekształcanych w żołnierzy nie należała do rzadkości. Już w jesieni 1863 r. upowszechniła się dowodnie opinia, że wszystkie ofiary potyczki (oprócz skazańca za dezercję) zostały wymordowane na śmierć (zob. aneks). Takie określenie utrudnia nam rozeznanie: kto poległ w walce, a kogo faktycznie zamordowano. Według rosyjskich danych z aresztu uratowano wspomnianą Afonasejową i dwóch włościan już przygotowanych przez buntowników do rozstrzelania. Co więcej w Żurnale znajdujemy zdanie mówiące o relacji naszych w niewolę pojmanych, odbitych przy Łysej Górze (…), czyli na odwachu przetrzymywano nieznaną nam liczbę jeńców rosyjskich[5].  Czy jeńcy i wspomniana kobieta mogli mieć wpływ na tragiczny los Moreau i ewentualnie paru mało zdyscyplinowanych piechurów? Prawdopodobnie wskazali ich jako rozpatrywanych za różne przewinienia powstańców, a żądne rewanżu kozactwo nie dało pardonu bezbronnym. Uważamy, iż zdecydowana większość zebranych  z terenu bitwy, to ofiary zmagań, głównie kosynierzy i strzelcy, którzy pełnili warty w obozie i na jego obrzeżach (pikiety), oraz prawdopodobnie obsługa owej feralnej armatki. Oni zdecydowanie przeciwstawili się atakującym i polegli w bezpardonowym boju.

   Nie udało się nam odtworzyć okoliczności śmierci dwóch duchownych (zob. niżej)  i Aleksandra Dobrycza*, jakkolwiek jego kolega z Zawichostu – W.Zawadzki* uważał, że poległ w drodze do klasztoru.

     Na uwagę zasługuje grupa pięciu młodych ludzi z Ćmielowa, która prawdopodobnie od 22 stycznia uczestniczyła w marszach i utarczkach przy boku Langiewicza (zob. aneks). Byli  w jednym plutonie (kosynierów?) i polegli na pierwszej linii walk „pod Skałką”. Za Z.Kolumną możemy przyjąć, iż dowodził nimi podoficer kosynierów Borakowski (imię nieznane) jeden z czterech NN - powstańców poległych pod Św. Krzyzem. Pozostali to Atmański Wincenty (z Krakowa), Baranowski (czeladnik szewski) i Baranowski Wiktor (z Warszawy)[6].

   W świętokrzyskim klasztorze

   Pobenedyktyński klasztor Św. Krzyża składa się z kompleksu kilku murowanych budynków, wzniesionych na odkrytym i stromym szczycie Łysej Góry opasanych grubym murem wysokości około 3 metrów. Zabudowania mieszkalne wraz z kościołem tworzą czworobok, do którego dochodzi skrzydło refektarza tworząc podkowę otwartą od południa. Od wschodu w murze znajduje się murowana  późnobarokowa brama wjazdowa. Nieco niżej owej bramy droga wiodąca od Nowej Słupi łączyła się pod murem klasztornym z wąską drogą idącą  w kierunku Starej Huty[7].

    Droga ta była wąską, nierówną i gliniastą, zdawało się przeto, iż dla armii regularnej nie jest do marszu możebną. Z tej też przyczyny, nie obawiając się nadejścia Moskali tą drogą, nie stawiano tam pikiet i nie posyłano w tę stronę rekonesansów. Całą więc baczność oddziału skierowano na płaszczyznę między (…) Słupią a obozem.

      Istotnie, tak się mogło wydawać w warunkach zimowych, gdyż w odróżnieniu od drogi z klasztoru do Nowej Słupi nie była o tej porze roku eksploatowana  i przetarta. Ciągnęły nią  rzadko chłopskie furmanki na doroczne odpusty od strony Bielin, Starej Huty i innych wiosek. Dzisiaj próżność afiszuje się końmi mechanicznymi, onegdaj dorodnymi kasztankami  zaprzężonymi do fury powożonej przez parobka.

   Rosyjscy oficerowie dobrze potrafili - i potrafią – czytać mapy sztabowe, a dla ich podwładnych nigdy nie było – i nie ma - złych dróg. Lepiej więc przeceniać, niż wątpić w możliwości strony przeciwnej.

  W budynku klasztornym, na parterze zorganizowano warsztaty przygotowujące – jak  współcześnie określano – rekwizyty wojskowe (tornistry, ładownice, pasy, elementy uprzęży, patrony).Naprawiano elementy umundurowania, a nawet szykowano kolejne drewniane armatki. Część pomieszczeń pierwszego piętra przeznaczono dla chorych powstańców, a dwie kwatery oddano do dyspozycji członków Rządu Narodowego – Józefa Kajetana Janowskiego i ks. Karola Mikoszewskiego.  

    Do obozu Langiewicza nie dotarło dwóch kolejnych przedstawicieli  RN  - Oskar Awejde   i Karol Majkowski. Zamierzano bowiem pod osłoną wojsk Langiewicza ogłosić  Tymczasowy Rząd Narodowy i czekać na przybycie dyktatora Ludwika Mierosławskiego. Zamiaru z wielu powodów nie zrealizowano.  

   Obydwaj członkowie rządu – nie mający pojęcia o sztuce wojennej – w obawie o swoje bezpieczeństwo wielokrotnie nagabywali Langiewicza o przysłanie ochrony do klasztoru i to w konsekwencji była jedyna korzyść, jaką przyniosła ich obecność w tym miejscu. Z obozu do klasztoru skierowano pluton strzelców i kosynierów po komendą por. Władysława Zawadzkiego  i ppor. Gudzińskiego, którego uczyniono komendantem załogi, ponieważ jako pisarz zakładu demerytów doskonale znał obejście klasztorne i teren. W refektarzu urządzono odwach i jedną pikietę wystawiono na drodze w stronę Starej Huty.

   Do klasztoru przybył regens zakładu ks. Kotkowski pełniący funkcję naczelnika cywilnego województwa sandomierskiego. Na wniosek ks. Mikoszewskiego uwolniono osadzonych tutaj księży demerytów, zaopatrzywszy ich uprzednio w odzież i pieniądze[8]. Rozeszli się po okolicy i trafiali później do różnych partii powstańczych (m. in. H.E.Zawadzkiego), a jeden    z nich ks. Kazimierz Ochman* (1801-1866) został ujęty przez ekspedycyjny oddział płk. Aleksandra Szulmana w listopadzie 1863 roku w  Cisowie i odesłany do więzienia   w Kielcach.    

    Dnia 8 lutego do obozu pod Skałką przybyło dwóch księży, wysłanych przez biskupa sandomierskiego J.Juszyńskiego z darem dla Langiewicza. Był to obraz św. Stanisława – patrona Polski, symbolizujący zjednoczenie państwa rozbitego na dzielnice. W obozie pozostawiono tylko ubezpieczenia, natomiast wojsko udało się na uroczystą mszę do klasztoru. Po nabożeństwie wysłannik biskupa udzielił powstańcom błogosławieństwa i zachęcił do męstwa i wytrwałości w podjętym dziele wskrzeszenia niepodległej Polski.

   W międzyczasie do Nowej Słupi przybył kilkudziesięcioosobowy oddział ochotników,  z karabinami zdobytymi w Staszowie po rozbrojeniu straży granicznej. Został on  z entuzjazmem powitany przez mieszkańców miasteczka i doprowadzony do obozu.

  11 luty 1863 r. godz. 07.00 ...   

    Od 6-go do 10 lutego w obozie powstańczym trwało intensywne szkolenie i – w miarę napływu ochotników - rozbudowa kompanii strzeleckich i kosynierskich. Ukształtowanie terenu, gęsty las dawał poczucie bezpieczeństwa i przekonanie, że przeciwnik z trudem odnajdzie zgrupowanie i z obawą wkroczy w teren.

   10 lutego o godz. 21.00 wieczorem z Kielc wyruszyła rosyjska kolumna wojskowa pod komendą płk. Czengery i podjęła marsz w kierunku Św. Krzyża. Stan kolumny to batalion piechoty (prawdopodobnie nr 2) Smoleńskiego PP, składający się z pięciu rot (łącznie 964 ludzi); pół szwadronu Noworosyjskiego Pułku Dragonów (69 ludzi) i sotnia 3.Dońskiego Pułku Kozaków (68 ludzi), oraz pluton artylerii, jedno działo (23 ludzi). W sumie 1124 żołnierzy. Nocny, przeszło 40 kilometrowy marsz po bocznych, nieutwardzonych   i rozmywanych przez roztopy drogach był bardzo uciążliwy.

   Prawdopodobnie Czengery skorzystał z usług Walentego Janica z Krajna (zdradził ks. Ściegiennego), który znał okolice i poprowadził wojsko jako przewodnik. Rosyjski pułkownik, Cygan z pochodzenia, znający język polski i mentalność chłopów potrafił ich sobie zjednywać, przymykając oczy na defraudacje lasów rządowych i nie szczędząc rubli  z kasy pułkowej. Wypłacał nagrody znanym mu chłopom donoszącym o miejscach zbiórek   i ruchów buntowników [9]Ponieważ krążyła pogłoska, że owym przewodnikiem był chłop ze Starej Huty, wyrażono opinię, iż ta wieś była z początku powstaniu bardzo nieprzyjazna. To pochopne  i nieprawdziwe stwierdzenie, gdyż akurat mieszkaniec tej wsi ostrzegł załogę klasztoru o marszu wojska. Także w obozie polowym wiedziano o kolumnie Czengerego. A   o poparciu ludności wieśniaczej południowych stoków Pasma Łysogórskiego jeszcze nie raz napiszemy w tym opracowaniu.

    Rosyjski pułkownik sądził, że ze względu na zimowe warunki powstańcy obozują – jak dotychczas - w miasteczku. Podzielił swoje siły na dwie części; jedna (trzy kompanie, pluton z działem, dragoni i część kozaków) pod jego komendą miała zaatakować miasteczko, druga (dwie roty, kilku kozaków) pod rozkazami ppłk. Stepana Sorniewa (dowódca 2.batalionu piechoty) otrzymała zadanie - pójść drogą na klasztor i wyjść na tyły polskiego ugrupowania. Czengery zamierzał wyprzeć powstańców z  miasteczka i narzucić im drogę odwrotu w kierunku świętokrzyskiego lasu, w którym miał się  pojawić oddział Sorniewa. Ale założenia planu taktycznego modyfikuje rozpoznanie sił przeciwnika i ich realne usytuowanie  w terenie. W miasteczku nie było powstańców, a rekonesanse zlokalizowały ich na skraju świętokrzyskiego lasu. Mimo to pozostawała nadal szansa, że Sorniew wyjdzie na tyły zaatakowanego polskiego obozu.  

Langiewicz z przewieszoną przez ramię biało - amarantową szarfą (oznaka stopnia pułkownika) stanął na wyniosłości terenu i poprzez lunetę spokojnie lustrował okolicę, aby odczytywać intencje przeciwnika i panować nad rozwojem sytuacji. Rozkazy poszczególnym podkomendnym przekazywał poprzez swoich adiutantów.

   Powstańcze wojsko zgodnie z dyspozycjami głównodowodzącego zajęło stanowisko  wzdłuż linii lasu, na lewym skrzydle bateria armatek osłonięta przez dwuszereg  kawalerii i na prawo linia strzelców rozsypanych w tyralierę, za nimi w tyle kosynierzy i odwód pod komendą szefa sztabu. Polska linia szyku musiała reagować na szerokość linii rozwiniętej przez stronę przeciwną. Strzelcy stanęli w ukryciu za pniami drzew, bądź zasiekami ze ściętych drzew. Na ogień strzelców smoleńskich mogli odpowiadać tylko polscy piechurzy dysponujący karabinami gwintowanymi lub lepszej jakości  gładkolufowymi. Dysponujący dubeltówkami lub pojedynkami czekali aż smoleńscy strzelcy, kozacy i dragoni podejdą na krótszy dystans.

  Polski dowódca poinformowany o ataku na klasztor zachował spokój, albowiem wiedział, że rosyjski oficer dowodzący drugą częścią sił musi uporać się z załogą obiektu. Nie mając rozeznania, co do  jej liczebności, nie zdecyduje się na obejście zabudowań i dalsze kroki, gdyż obrońcy mogą wyjść na tyły jego oddziału.

   Zadanie rozpoznania sił powstańczych otrzymał por. Dżniewicz, dowodzący półszwadronem dragonów ( po części z 1. i 3.szwadronu Noworosyjskiego PD). Przywitany salwą karabinową od strony lasu, która nie wyrządziła dragonom szkody, wycofał się na dogodne pozycje, wysłał podjazdy do miasteczka i czekał na dalsze dyspozycje[10].

    Płk Czengery po rekonesansie dragonów ostrożnie podchodził w stronę obozu, na który nakazał skierować ogień z działa, ale kartacze i granaty górowały ścinając gałęzie i konary drzew. Jeden z pocisków wpadł pomiędzy kawalerię, za którą stała prawdopodobnie zamaskowana chojakami polska bateria[11]. W szeregach jazdy por. Prendowskiego powstało zamieszanie, część kawalerzystów wpadła w panikę. Kozacy widząc to ostro ruszyli do szarży. Błysk kozackich szaszek zreflektował polskich kawalerzystów; rozjechali się na skrzydła polskiej baterii. Nagle potężny huk rozległ się na skraju lasu. Zagrzmiały polskie drewniane armatki, a ich grzmot spotęgowało rozerwanie się jednej z nich. Kartaczowy ogień polskiej baterii  zmiótł czoło natarcia kozaków dońskich; na ziemię runęli ludzie i konie. Ugodzony kartaczem padł  uriadnik  kozacki Papiercow i zapewne wielu innych zabitych i rannych, ale stało się tradycją, że meldowano zwykle o stracie jednego przysłowiowego kozaka. Tym razem ponoć tylko jeden poległ, a drugi został ranny. Kozacy wpadli w popłoch.

   Rosyjski pułkownik widząc załamanie się kozackiej szarży, rzucił do ataku strzelców smoleńskich. Najeżona bagnetami 10. rota smoleńców z zaciekłością ruszyła do boju usiłując  dopaść i zmieść polską baterię. Kozaków oszołomionych armatnią salwą, powstrzymał esauł Emalianow i ponowił szarżę[12]. Zawrzała zażarta walka w ręcz w obronie pozycji polskich artylerzystów i tak  zdeprymowanych rozerwaniem się jednej z drewnianych armatek, która mogła nawet uśmiercić kogoś z obsługi. Uraz w świadomości pozostaje i chociaż później została odtworzona bateria podobnych armatek, to nie było ochoty do otwarcia z nich ognia, nawet dla demonstracji siły. Rosyjscy oficerowie redagujący Żurnał na podstawie otrzymanych raportów uwypuklili, że rosyjski atak :

  był poprowadzony bezpośrednio na (…) obóz (…) i po jego dość stanowczej obronie, a szczególnie armat, buntownicy nie wytrzymali sztucerowego ognia i zbiegli, pozostawiwszy na miejscu wokół armat ponad 70 -ciu trupów. Przy tym wzięto trzy drewniane armaty i wystawiono w Kielcach na głównym odwachu.

 

    Liczba poległych wokół baterii, sugestia, że byli to tylko powstańcy jest fałszywa; tutaj mogło zginąć i odnieść ciężkie rany około 15 kosynierów i artylerzystów. Potwierdzają tę liczbę księgi metrykalne parafii skrupulatnie wyliczające zebrane i w większości rozpoznane osoby (73%). 

  W międzyczasie Langiewicz skierował do klasztoru 1.batalion strzelców pod komendą mjr. Bogdana. Posłał na ten odcinek także szefa sztabu mjr. Czachowskiego, polecając mu ewakuowanie w górę części obozowego taboru. Nie udało się zabrać wszystkich podwód, gdyż od kartaczy i ognia karabinowego padły zaprzężone do nich konie. Tak stało się m. in.  z wozem sztabowym Langiewicza, na którym pozostawiono mapy Królestwa Polskiego, odezwy i rozkazy, instrukcje i spisy czterech plutonów batalionu.

Walka na Św. Krzyżu

   Uważna lektura wspomnień W. Zawadzkiego pozwala sądzić, że załoga prawdopodobnie podzielała opinię Langiewicza o braku zagrożenia od strony zachodniej i nie podjęła korków,   aby odpowiednio przygotować obejście klasztorne na różne scenariusze rozwoju sytuacji[13]. Uprzedzona przez chłopa ze Starej lub Nowej Huty (  Franciszka Kopacza*?) pozamykała       i zablokowała dostęp do budynku klasztornego, z którego okien mogła obserwować  i prowadzić ogień do podchodzącej od tej strony rosyjskiej piechoty. Por. Zawadzki rozstawił swoich strzelców w oknach pierwszego piętra, a kosynierów pozostawił przy zablokowanych wejściach. Piechurzy Sorniewa przywitani ogniem nie kwapili się do szturmowania budynku. Usiłowali obejść zabudowania od wiodącej od wschodu bramy w murach okalających od tej strony teren przyklasztorny, ale zostali odrzuceni przez nadbiegającą pomoc z obozu. Powstańcy strzelali w biegu do rosyjskich piechurów, część biegnąc porzucała wierzchnie ubrania, aby jak najszybciej zająć dogodne pozycje strzeleckie za murem. Przeciwnicy wycofali się więc na stronę zachodnią zespołu budynków klasztornych. 

   Po przybyciu Langiewicza do klasztoru z pozostałymi siłami w dalszym ciągu trwała obopólna wymiana ognia.

Zaczęliśmy się więc bawić strzelaniną, mówię bawić się, bo istotnie bawiliśmy się serdecznie. Korzystając z zapadającej mgły kładliśmy czerwoną na mur konfederatkę, do której Moskale jak do celu palili, a tymczasem nasi wyborowi strzelcy brali ich na cel i jednego po drugim kładli trupem[14].

Na plecenie Langiewicza kapitan Pióro zorganizował wypad z klasztoru na pozycje nieprzyjaciela.

Około godziny 3. rozkazał Langiewicz kapitanowi strzelców Pióro, aby zebrał ze trzy plutony ochotników i z niemi zrobił wycieczkę. Ochotnicy stanęli w tej chwili. Wycieczka się powiodła; w trzy kwadranse kapitan wrócił, niosąc kilka karabinów. Wedle jego raportu, udało mu się ze 20 Moskali ubić, samemu nic nie straciwszy. Około godziny 5. popołudniu ogień ucichł zupełnie. Nieprzyjaciel się cofnął [15].

   Płk Czengery biorąc pod uwagę zapadający mrok, brak dział i doskonałą pozycję obronną strony polskiej postanowił  wycofać pododdziały swojej kolumny wojskowej na noc do Trzcianki i Starej Huty. Do Baszowic jak wiemy skierował dragonów. Czy w ten sposób usiłował skłonić Langiewicza do ruchu na wschód, w stronę Opatowa, do którego uparcie dążył mjr Gołubow?                                   

  Manewr polskiego oddziału

   O pierwszej po północy Langiewicz zarządził opuszczenie pozycji. Powstańcom nakazano zachowanie bezwzględnej ciszy, kosynierzy nieśli kosy bojowe ostrzem ku dołowi. Ewakuowano też rannych. Trasę zejścia dokładnie i niezależnie od siebie podali dwaj pamiętnikarze, podporucznicy Władysław Zawadzki i Jan Słowacki.  Drogę od klasztoru do Nowej Słupi rozpoznał patrol kawaleryjski por. Jana Prendowskiego. W awangardzie postępował 1.batalion na czele z mjr. Bogdanem, za nimi ciągnęły tabory  i w straży tylnej (ariergarda) oddział Czachowskiego. Kiedy powstańcy dotarli w pobliże swojego, zniszczonego obozowiska, niespodziewanie błysk płomienia ze świerka lub sosny (Zawadzki i Słowacki), który(a) zajął(a) się od pozostawionego ogniska lub spalonego przez przeciwnika szałasu spowodował chwilowy popłoch wśród maszerujących. Po przejściu obok obozowiska „pod Skałką” oddział skręcił na prawo od miasteczka, pozostawiając w  pierwszych zabudowaniach por. Zawadzkiego i kilku rannych.                                                                      

   Dalsza trasa budzi kontrowersje. Według Janowskiego po prawej ręce płonęły ogniska  w rosyjskim obozowisku, czyli polska kolumna była na lewo od Trzcianki, kierowała się na  las okalający Kobylą Górę i stąd dotarła w okolice Łagowa. Przejście - po lewej obóz rosyjski (Trzcianka) po prawej placówka rosyjska w Hucie Starej - do Lechówka uważamy za mało prawdopodobne.

 

 

   [1] O 1.batalionie  świadczy pokwitowanie podpisane w Łagowie przez mjr. Bogdana, natomiast w księgach metrykalnych parafii Staszów jest nota o śmierci  Gustawa Lazzarini (20 lat) , ppor. 2. batalionu, który poległ     w walkach pod Staszowem.

   [2] L.Grzybowski, op. cit., s. 16 - 17.

   [3] H.Wiercieński, Przyczynki do wypadków 1863 roku, [w:] Spiskowcy i powstańcy 1863 roku, Warszawa 1967, s. 394 - 395.

    [4] J.Kulpiński, O kotle miedzianym z bodzentyńskiego szlachtuza, „EŁ”, nr 8/2010, s. 22 - 23.

   [5] Żurnal, Od 7(19) do 10(22) lutego 1863 roku. Kopie wszystkich drukowanych numerów „Dziennika’ za 1863 i 1864 w zbiorach autora. Podstawowy rękopis jest  przechowywany w AGAD.

   [6] Z.Kolumna, Pamiątka dla rodzin polskich,  Kraków 1868, cz. 2, s. 6, 8, 9, 23.

   [7] W.Zawadzki, Wspomnienia z obozu świętokrzyskiego 1863 roku, Lwów 1888, s. 4.

   [8] K.Mikoszewski, Pamiętniki moje, Warszawa 1987, s. 86.

   [9]APR, UNWOR, sygn.16, s. 201: pismo nr 114/1863 płk.Czengery do gen.Uszakowa.

   [10] W.Potto, Istorija Noworossijskowo Dragunskowo Połka 1803 -1865, Petersburg 1866, s. 307.

   [11] S.Gesket, op. cit., s. 55: miała być ukryta za zasiekami.

   [12] Ibidem, loco cit.

   [13] J.Słowacki, op. cit., s. 363.

   [14] .Ibidem,  s. 361.

   [15] J.K.Janowski, op. cit., s. 124; natomiast wg H.Wiercieński, op. cit., s. 396: był to rekonesans w sile plutonu, który podszedł blisko linii przeciwnika, który dzięki fortelowi kpt. Pióro cofnął się z pozycji.

czytano: 244 razy

autor: nowaslupia.pl

data dodania: 2021-02-11 11:41:45

Walory Gminy
  • Wielokulturowość Regionu
  • Dziedzictwo Historyczne
  • Malownicze Krajobrazy
  • Bogactwo Przyrody
  • Strefy Aktywności Turystycznej
  • Dobry Węzeł Komunikacyjny
  • Czyste powietrze
  • Gościnność Mieszkańców
0
Liczba sołectw
0
km2
Powierzchnia Gminy
0
Liczba ludności
Poleć stronę
Wypełnij formularz kontaktowy
Formularz zapytaniowy
Wypełnij formularz kontaktowy
Facebook
Opinie
Dodaj wpis
Zobacz wpisy
Wersja mobilna

Przewiń stronę do początku"